Get Adobe Flash player
baner-kanada-3
sg
baner-arcana
("Piosenka", nr 2, październik 2006)

O muzyce i poezji Leszka Długosza napisano kiedyś, że stanowi akceptację przemijania. Trudno się z tym nie zgodzić. Uważam jednak, że jest to droga na skróty. Zgadzam się w pełni ze słowem akceptacja. Poeta nie należy z pewnością do grupy buntowników - tak jak oni emocjonalny, ale na inny, subtelny sposób. Emocje są wynikiem małych-wielkich odkryć. Odkrycia powstają na drodze obserwacji. Obserwacje trwają nieprzerwanie – nachodzą poetę bezwiednie. Trwa zaduma i rozmowa. Nie ma w jego muzyce miejsca na zbytnią dramatyczność – jest natomiast płynność. Jego piosenki – szybsze czy wolniejsze, są przede wszystkim lekkie i nie uciekają się do gwałtownych uniesień. Artysta spokojnie zmienia tempo i spokojnie przechodzi z jednej intonacji w drugą. Zgadza się – śpiewa o przemijaniu - spokojnie, miarowo, raz wolniej, raz szybciej – akceptując je w ten sposób. Ale piosenki zawierają przecież bogactwo słów, ich odpowiednią interpretację. Śpiewa nie tylko głos, ale i rozum. 
W przypadku Leszka Długosza rozum wie, co nazywa szczęściem. Nie jest ono wielkie, patetyczne i gwałtowne. Jest to drobne i ulotne szczęście, które jednak stale się odnawia. O tym właśnie traktuje jego muzyka. Muzyka łatwo rozpoznawalna. Liryczna, pogodna, ze stałą gamą tematyczną. Obliczona na wywoływanie wzruszeń i pogodnego nastroju.
Leszek Długosz posiada swój odrębny świat. Tematy piosenek praktycznie się nie zmieniają - pozostają poza czasem. Podobnie styl śpiewania – cały czas niezmienny tembr głosu. Jego poetycka zaduma nad kolorami pór roku czy pianinem wydaje się więc passe. Sam przyznał w jednym z wywiadów: Wewnętrznie niewiele się zmieniłem. Zawsze miałem pewien dystans do zbiorowości, stałem nieco z boku. I wciąż stoję w progu, obserwuję. Jestem tam, i nie ma mnie. Musze tam być, aby zobaczyć, poczuć i opisać, ale nie mogę się z tym utożsamić.  Można powiedzieć, że jego twórczość jest "pozaczasowa". Co natomiast z ponadczasowością? Ponadczasowa jest i będzie poezja śpiewana. Długosz jest jej typowym niemalże reprezentantem. Trochę z ballady, trochę z wiersza, myśli osobiste i tkliwe, ale nie poruszające naszego świata u podstaw. Nie Poezja - a ot... poezja. Nie można jednak sformułować z tego zarzutu. Pieśniarz nie chce nami wstrząsnąć. Składa hołd światu, w którym można niezobowiązująco się wzruszyć. Pomyśleć ot tak.  

I tylko czasem ... nagle – taka myśl przychodzi                         
I tylko czasem ... myślę – ot tak ... sobie.
                                                                    
 (Coś mnie omija)

Zatem ot tak... myśli o typowo lirycznych tematach jak miłość, muzyka, mijający czas, przypadłości świata. O miłości śpiewa czule, czasem naiwnie, z ironią lub troską. Już nas taka miłość nie obchodzi - zróbmy jej co, kupmy jej co... Niedbale – na co komu potrzebna miłość? Jednak wiele jego tekstów zaczyna się od niewinnych opisów sadów wiśniowych, wezbranych wód, by skończyć na tęsknocie za bliską osobą. Autor nie ujawnia jednak uczucia do konkretnej osoby, ale uczucie w ogóle. Fakt, że tak często używa on słowa miłość, tęsknię, ty i ja, razem itd. świadczy o wielkiej wrażliwości, potrzebie nieustannego odczuwania, czekania, tęsknienia. Ujawnia się on jako niepoprawny romantyk i melancholik.     Niepoprawny muzyk także. Piosenki poświęcone potrzebie grania potęgują tylko sylwetkę twórcy jako „osobliwego osobnika”,  który nie wyjdzie poza granice swojego małego świata.  Wyrwać go stamtąd się nie da. Może więc warto w drugą stronę – wejść do tego świata - czyli po prostu zaakceptować jego styl jako wartość samą  w sobie? Owe a ja sobie grywam tryle, tryle, tryle...  i przelewanie na klawisze całego potoku myśli  zabrzmi dla niektórych staroświecko. Kurz potrafi jednak mieć swój urok. Jest to urok poezji śpiewanej, która wymaga specyficznego podejścia, jakby zaśpiewał Długosz, tego gatunku serc.
Nie trzeba zatem oczekiwać od niego skończonej filozofii, zarysu historycznego naszych lat czy też ironicznej krytyki społeczeństwa. Możemy za to liczyć na ciąg spostrzeżeń i drobnych wniosków, które nachodzą go bezwiednie – jak każdą osobę otwartą na wrażenia. Świat raz niepoważny czy też zapatrzony w sprawy minione i mijające - nietrwałe jak uczucia i pory roku, wdzięczny i tkliwy. 
  
Idę sobie prościuteńką drogą
Po kolei – lewą prawą, nogą
Bez kolizji i bez dysharmonii.
Przepisowo mijam świata strony.                                 
Świat mi się jawi niczym sielanka                                               
- Tu książeczka, tu herbatki szklanka...
Roję sobie w mej osobie
Gdzie nie będę, co nie zrobię?
Aż tu nagle ... coś mnie chwyta?...
Coś mnie chwyta, coś mi zgrzyta
Coś się wali, coś mi znika?...
Metafizyczny dreszcz mnie przenika!
Lecz... to nie był żaden dreszcz
A tylko pospolity kleszcz
O rany!
Kleszczu kleszczu kleszczu (...)
Przypadkowo gdy i ciebie
Weźmie chęć pobujać w niebie
Chcesz istnienia zmienić postać?
To leć... lecz zostań,
Zostań? ... Choćby owadem?
Ja się zaraz zmienię w kwiat
I znowu podpiszemy pakt!
O ho ho ho
- łoło łoło!
                                                            (Metafizyczny kleszcz)

Styl tych piosenek to najczęściej podśpiewywanie. Nie zamyka swych wrażeń w sztywnym gorsecie rygorów. Daje im swobodny oddech – powtarza się, podśpiewuje, nuci, snuje. Czasem śpiew niemalże zamienia się w recytację, dopowiadanie do melodii, delikatny Sprachgesang. Jest bliski westchnieniu ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Gdy śpiewa teksty innych autorów, piosenki są bardziej rytmiczne i zwarte. Śpiewa oczywiście to, co jest mu bliskie: Tuwima (Berlin 1913), Lieberta (Jurgowska karczma) Bursę (Ja chciałbym być poetą, Nasze ognisko) czy Balińskiego (Jaka szkoda). Pozwolić sobie może jedynie na ściszenie głosu, potem jego podniesienie, nacisk na konkretne słowa. Gdy opisuje Berlin - zachowuje się cicho, w pośpiechu wylicza jego urokliwe miejsca,  mija je, wspomina. Nie spotkasz mnie – Wielki, wielki jest Berlin. Te słowa śpiewa wolno, akcentując każde z nich. Odchodzi w dal. Wyśpiewał spacer przez Berlin. Przez wspomnienia – coś minęło, pozostały tylko one. Ale nie czuć w jego głosie żalu - Wielki, wielki jest Berlin – czyli jak dobrze, że wspomnienia są tak pojemne.
Długosz porusza w swych tekstach różne tematy – słoneczne i deszczowe dni, oczekiwanie na wiosnę, spacer z bliską osobą, nadzieje i rozczarowania życiem. Nawiązuje do wierszy poetów – do ks. Twardowskiego i Herberta. Każda piosenka opowiada o czym innym i zarazem wciąż o tym samym. Mimo że zwodzi tekstami  o cieniach życia:

Także i ty i tobie też
Przekonasz się, nauczysz się,
Pogodzisz jeszcze się, to wiem
Z wszystkim co dziś, co jeszcze nie.
Także i ty i tobie też
Zrozumiesz sam, przekonasz się
Że głupstwem było tyle chcieć.
                                                                (Także i ty)

na koniec i tak przypomni sobie o jego blaskach. W jego głosie nie czuć żalu, że wszystko przemija.

Pomyślisz: Przeszło?...
Może ja zostałem?...
                                                                (Coś mnie omija)

Długosz chce mówić o bliskich nam sprawach nieskomplikowanie, a przejmująco, wzruszająco – czasami chce wręcz przerwać rytm i zacząć mówić, rozmawiać. Wykreował sobie swojego odbiorcę i dzieli się z nim wrażeniami – nie chodzi tyle o słuchacza czy obiekt jego uczuć, co o osobę, która stoi/siedzi/idzie obok. Tak, jakby ciągle ktoś obok niego był w świecie przedstawionym.

Ja tam biegłem.
Przy tym byłem. (...)
Czy słyszałeś?
Jak jest pięknie wiosną nad Popradem?...
Gdy w milczeniu – twarz przy twarzy
Trwają sobie zachwycone
A wiatr liście wierzbinowe
Jak rozgarnia, jak odwraca?
                                                                (Moja obrona)

Jest jednak tylko on. Liczy się jego wszechogarniająca obecność. Długosz ma swój świat pełen siebie samego. 

A ja?
Mam wiele spraw, adresów wiele,
Ogólnie jest... ogólnie jest mi dobrze i...
I tramwaj wesołe dyń dyń mi dzwoni...
                                                                (Starzy)

Jest to jednak zabieg obliczony na pozyskanie naszej obecności – naszego zasłuchania. Nie stawia przed nami poprzeczek i wymagań – muzyka łatwo wpada w ucho, słowa są komunikatywne, w stylu rozmowy i luźnych rozmyślań – taka muzyka w kolorze śliwkowym (według słów piosenki). Kolor śliwkowy odwołuje się do naszych najprostszych skojarzeń z dnia codziennego, jak smak śliwki. Wciąga nas szybko do swojego świata – opisuje go za pomocą drobnych impresji, sensualnie, subiektywne, odwołuje się do naszych własnych wrażeń. 

Czuję na twarzy tamten wiatr
Rzeźby obłoków, nieba błękit
Wyraźnie każdy szczegół trwa
I niecierpliwość mojej ręki
                                                               (Kwiecista zwiewna twa sukienka)

Wiele naszych wspomnień opartych jest przecież wyłącznie na zmysłach – nie pamiętamy konkretnie a sensualnie. Pamięć przywołuje zapachy, kolory, temperaturę, które złożyły się na urodę chwili. Pamięć pobudzona jest przez muzykę, która współgra z nastrojem słów:

Po latach znów, oddajesz znów
- Miłości dawnej żywy ślad,
- Nadbrzeżnych traw daleki szmer
I rzeki nurt i zapach ciał
- Na brzegu gdzieś
- Nad tamtą wodą gdzieś pozostawiony świat.
                                                                (Dziękuję ci, muzyko)

Za pomocą dźwięków, rytmów towarzyszących potokowi słów, próbuje opisać swój świat. Ulotny, niekonkretny, zapatrzony w siebie. Ma jednak do niego pełne prawo, wywalczone przez akceptację własnego życia – zarówno z jego szarzyznami, jak i kolorem śliwkowym. Znajduje to, w czym czuje się dobrze, co sprawia mu radość, co daje mu przyczynek do zatrzymania się i zadumy. Taki się wydarzyłem  - stwierdził. A zdarzył się z piórem i przy fortepianie. Zdarzył się w Piwnicy pod Baranami. Jest z wykształcenia polonistą, muzykiem i aktorem, a miał być nawet reżyserem. Została mu jednak jego muzyka i poezja. Ot... poezja.  Westchnienia, wybuchy radości, przekomarzania się, pochylanie się nad drobnymi zdarzeniami świata. Osobista. Swobodna. Błaha - czasami. Nie wymagająca wnikliwych analiz i zarysowywania sytuacji historycznej. Poezja, która jednak się wchłania samoistnie wraz z muzyką - jako piosenka. Lekka i pogodna. Melancholijna. Rozmarzona. Piosenka-impresja. Piosenka-westchnienie. Piosenka-zaduma. Jest to rodzaj piosenek bliskich drobnym sprawom, które pomijamy zazwyczaj w codziennej gonitwie. Ale z czego składa się nasza codzienność, jak nie z błahych spraw,  naiwnych czasem wniosków, drobnych spostrzeżeń? Tyle że w tej naszej codzienności brakuje akceptacji nas samych. Długosz czuje się dobrze w swojej muzyce – to słychać. Dzięki temu właśnie wprowadza ona w dobry nastrój. Taka jej uroda. Taka jest specyfika poezji śpiewanej. Taka jest też po części i nasza uroda.  Dla porównania -  o czym traktują na przykład piosenki kubańskie? Również o codziennych sprawach - opowiadają błahe historyjki. Małe-wielkie sprawy. Posiadają swój urok i nie starają się być niczym ponadto. A przecież budzą tyle emocji, energii i fascynacji. Wyśpiewuje się w nich pewne podejście do życia, mijającego czasu – uwarunkowane przez taką a  nie inną kulturę. Nasz klimat, nasza kultura, mimo że nieświadomie, podsyca w nas pewne nastroje – czy się nam to podoba czy nie.
Muzyka Długosza jest nieustannie nucona – nie jest to może wielka grupa słuchaczy, ale jest ona stała. Zdanie jakże często powtarzane przy omawianiu różnych artystów i jakże często lekceważone. Od czasu zaistnienia Długosza na scenie w 1963 r., gdy został jednym z laureatów II Krakowskiego Konkursu Piosenki Studenckiej, usłyszeliśmy tylu wykonawców, tyle nowych propozycji, o których się już w ogóle nie pamięta. Jego muzyka jest natomiast wciąż obecna. Wciąż w dobrym nastroju. Poeta śpiewa o przemijaniu – zgoda. Akceptuje je – racja. Ale ważniejsze jest to, co przy tym zauważa. Co daje jego piosenkom wprowadza w nastrój nam bliski, który znamy i rozumiemy? Mamy bowiem swoją własną nastrojowość. Ten typ muzyki i piosenek nie powstanie nigdzie indziej na świecie. 

Po czerni jeżyny
Po liściu kaliny
- Jesień jesień już
Po ciszy na stawie
Po krzyku żurawi
Jesień jesień już
Po astrach po ostach
To widać to proste (...)
Ach ten dzień w kolorze śliwkowym
Berberysu i głogu ma smak.
Stawia drzewom pieczątki
żeby było w porządku
że już pora że trzeba iść spać
A my tak po kieliszku po troszeczku
Popijamy calutki ten dzień
Próbujemy nalewki
Z dzikiej róży porzeczki

                                                    (Dzień w kolorze śliwkowym)

Nie należy dopatrywać się w wybranej przeze mnie piosence słów-kluczy. Chodzi mi o jej ogólną nastrojowość. Charakterystyczną dla nas i częściowo dla środkowo-wschodniej Europy. To co mnie uderzało w filmach czeskich i słowackich, a co odnajdywałam w polskiej piosence, poezji śpiewanej. Prosta filozofia. Uroda chwili, ale rozumianej nie w stylu carpe diem, lecz spokojnie spoczywającej na kuchennym stole, wśród codzienności, zdarzającej się ot tak. Bez wyczekiwania i aranżacji. Istnienie po prostu. Ot... istnienie.

                                                                                            Marta Marczuk

Artykuł ukazał się w kwartalniku "Piosenka" (numer 2, październik 2006)